Szanowni klienci

Chcąc nie chcąc człek się przejmuje tym całym wirusem i ogólną paniką. Choćby nawet nie miał potrzeby robić zapasów, świadomość, że niedługo ceny brakujących produktów mogą wzrosnąć, zmusza do zaopatrzenia. Po tygodniu polowania udało się wreszcie trafić na paczkę kaszy gryczanej. Jęczmienną, ryż i makaron mamy już na stanie. Tata złapał w zaprzyjaźnionej hurtowni środek dezynfekujący w sprayu i chusteczki antybakteryjne. I w sumie dobrze, bo w drogerii widnieją takie wieści..

Zakupiłam też kilka podstawowych leków, artykuły higieniczne, krople do nosa i konieczne dla Małego maści i aerozole do inhalacji. Może już nawet nie ze strachu, że zamkną aptekę, ale żeby się tam nie kręcić przy wzmożonych atakach wirusów. Do przychodni pojechałam z nadzieją, że nic mnie nie dopadnie, wizyta krótka, ale jednak na korytarzu kręciło się kilka kaszlących i kichających osób. Poprosiłam o skierowanie na prześwietlenie kręgosłupa i już mnie nie było.

Na angielskim każde zajęcia zaczynamy od najnowszych wiadomości. Zwłaszcza od koleżanki, która jest pielęgniarką w szpitalu. Choć ona ma już po dziurki w nosie tematu wirusa i działań prewencyjnych. Jednak pięć przypadków podejrzeń choroby i ten potwierdzony w Zielonej Górze robią swoje. Na dokładkę od niej przyszła wiadomość, że w hurtowniach, prócz żeli antybakteryjnych zaczyna brakować papieru toaletowego. Także wesoło.

Jakby mało było problemów zaczęły nam się psuć auta. Męża już naprawione, natomiast mój 20-to latek wymaga wymiany dziurawego tłumika, posklejania pokrywy od schowka i nowego filtra oleju, łącznie z owym olejem. Nie ma lekko. Mimo wszystko żyć trzeba i jakoś na tym naszym kawałku podłogi funkcjonować i nie dać się zwariować. Dlatego dziś spotykamy się z nowymi sąsiadami, w weekend z okazji Dnia Kobiet jedziemy do teatru, a w następnym tygodniu Mały ma swoje występy. U niego teatr mały, same przedszkolne dzieci (przed i po chirurgicznym myciu rąk), z którymi widzi się codziennie, więc mam nadzieję, że będzie dobrze. Czego i Wam życzę 🙂

No ładne kwiatki

Bardzo lubię to krokusowe szaleństwo, te dywany w parkach i przy skwerach. Kolorowy dodatek, który ożywia pozimowe otoczenie. Szkoda, że nie mogę obejrzeć krokusów w górach, na polanach i łąkach, gdzie rosną sobie w pięknych okolicznościach przyrody. Nasze dywany jednak też mi się podobają i co roku się nimi zachwycam..

Mniej mi się podoba obecne szaleństwo, już ogólnoświatowe, wirusowe i przetrzebiające półki w sklepach. Panika staje się odczuwalna, kiedy zwykły człek, który lubi kaszę gryczaną, zastaje po niej puste miejsce. Zresztą nie tylko po kaszy. I to w dużych marketach, w których podobno magazynierzy nie nadążają z wystawianiem towaru, bo jeszcze w kartonach ląduje w koszykach. W okolicy mamy dwa większe markety i tam już i makaron i ryż w resztkowych ilościach pozostał. A to początek tygodnia, świeżo po dostawie. Przyjrzałam się dziś koszykom i prawie w każdym jakieś suche produkty, konserwa, lub zapasy mięsa. I nie chodzi już nawet o to, czy również zaczniemy panikować, czy nie. Ale o to, że miało się ulubione produkty na wyciągnięcie ręki, a teraz ich brak.

Tak szczerze, to nie wyobrażam sobie zamkniętych sklepów. Zwłaszcza aptek, bo bez leków wielu ludzi nie jest w stanie przetrwać. A tu już wczoraj słyszę, że zamknięto pierwszą szkołę w okolicy Szczecina i tylko czekać, jak zaczną zamykać przedszkola. Już zresztą wiszą w nich kartki informujące, że nie będą przyjmowane dzieci przeziębione i chore. I tak to, chcąc nie chcąc zaczyna się szerzyć strach w oczach. Choć niby nie dopuszczamy do siebie myśli, że zagrożenie staje się realne. To Mężu zadzwonił już do Zosi z informacją, że w razie W przeprowadzamy się do jej mniejszego miasteczka. Na razie w żartach, ale..

Dla relaksu, krokusowe widoki i muzyczny kawałek, który ostatnio Mały życzy sobie włączać codziennie, bez względu na fakt, że nawet przy tej wersji łezka mi się w oku kręci. Mój jest ten kawałek podłogi, tu jest moje miejsce, mój świat i mam nadzieję, że z czasem znów poczuję się na nim bezpiecznie..

Tym razem..

Nie każdy weekend bywa miły i zaskakujący. Choć w sumie ten też taki był, ale bardziej w negatywnym klimacie.. Mały od piątku kicha i prycha, trzyma się jednak na tyle, że nie zostaliśmy całkiem uziemieni w domu. Choć niewiele brakowało, bo w ów dzień o poranku niefortunnie mnie coś zgięło. I cud, że w ogóle się wyprostowałam i dałam radę odprowadzić go do przedszkola. Zakupy szły opornie, ale jakoś je dotargałam, zaległam później w pozycji horyzontalnej i doszłam na tyle do formy, by mieć siłę odebrać dziecię.

Leki pomogły, wróciła jako taka ruchomość i już w sobotę działałam na obrotach w domu. Dwudaniowy obiad i pranie samo się przecież nie zrobi. Choć przyznaję, że obaj panowie mi pomagali, a i fakt że poszli razem na spacer dał mi czas na ogarnięcie samej siebie. Nabrałam nawet chęci na mierzenie dżinsów, w jednym z ulubionych sklepów. Ale że spodnie najtrudniej mi dobrać, wyszłam z niczym..

Niedzielny spacer nadrobił jednak niefortunny początek wolnych dni..

Pospacerowaliśmy na Wałach, nad Odrą..

Pomiędzy deszczowymi chmurami załapaliśmy się na tęczę, potem dotarliśmy nad Goplanę w Lesie Arkońskim. By dzień zakończyć wędrówką wśród krokusów, ale o krokusach to już następnym razem, gdyż noc wzywa, a rano wstać trzeba. Powodzenia więc w nowym tygodniu..