Górskie wspominki

Nogi na śniegu zaprawione w chodzie, to i w ostatni dzień pospacerowaliśmy po Karpaczu wzdłuż i wszerz. Wieczorem można było podziwiać kolorową choinkę w centrum.

W dzień zajrzeć do siedziby Ducha Gór i poznać karkonoskie tajemnice.

Codziennie zahaczaliśmy też o plac z trampoliną dla Małego, który nas tam ciągnął i do zdjęć w locie pozował. Plac rozświetlony wielką bombką i saniami, przygotowanymi dla turystów.

Zaopatrzyłam się w oscypki i warkocz wędzony, by i w domu trochę gór jeszcze poczuć.. Byliśmy w prywatnym muzeum klocków Lego i w mini muzeum bajkowych figur woskowych. Pozaglądałam do sklepików z różnościami, dzięki czemu doszedł nowy magnes w kolekcji na lodówce. Mamy magnesy głównie z miejsc, w których byliśmy. Jedynie z Peru i z Teneryfy jeszcze w zawieszeniu. Przywiezione dla nas w prezencie, ale fajnie by było je zrealizować. I o ile Teneryfa może być kiedyś osiągalna, o tyle Peru jest bardzo odległym marzeniem.. Tymczasem nadaję już z domu, ale jeszcze jedną nogą w górskich klimatach. Będzie mi ich brakowało i mam nadzieję, że jeszcze w tym roku uda się jakiś weekend wygospodarować, żeby góry i latem zobaczyć..

Wysoko

Dało się na 1400 m n.p.m do Domu Śląskiego, pomiędzy Kopą, a podstawą Śnieżki. W sobotę rano nic jeszcze nie zapowiadało takiej wyprawy. Miał być silny wiatr, miało padać, ale jak to w górach, wszystko zmienia się w moment. Było sucho, jasno i w miarę ciepło. Ubraliśmy Małego w narciarki, zapakowaliśmy w plecak ze Spidermanem coś do picia, przekąski i zapasowe rękawiczki. Podjechaliśmy pod Kopę i zaczęliśmy od podziwiania narciarzy i pokazywania Małemu, że już mniejsze dzieci niż on próbują swoich sił na nartach. Na razie nie dał się przekonać 😉 Za to odważnie ruszył z nami na wyciąg kanapowy i choć okutany po same oczy szalikiem łapał widoki z wysokości..

Nareszcie był śnieg! Ale nie nacieszyliśmy się nim tak, jak się marzyło.. na Kopie prószyło intensywnie, a i zimny wiatr co chwilę utrudniał wędrówkę.

Mimo tego brnęliśmy w śniegu przed siebie, chowając się za ośnieżonymi choinkami i podziwiając ten zimowy krajobraz..

Dzielny nasz maluch przebierał nogami i marudził tylko na wiatr, którego chronicznie nie znosi. Za to śnieg jak najbardziej uwielbia. Robił co chwilę śnieżki i rzucał w nas ze śmiechem. Kiedy jednak dotarliśmy do schroniska Dom Śląski wszyscy z przyjemnością schowaliśmy nosy pod dachem, by się ogrzać i zjeść coś ciepłego. Nie było szans dotrzeć na szczyt z dzieckiem, nawet wjazd od strony czeskiej został wstrzymany z racji niesprzyjających warunków pogodowych. Ale już sam widok Śnieżki (nawet zamglony) wystarczył za wielką nagrodę 🙂

Wracaliśmy zmarznięci ale zadowoleni, a gdy noga stanęła na twardym gruncie, po powrotnej przejażdżce wyciągiem, czułam dumę że Mały dał radę pokonać z nami taką trasę. Dla nas to nielada wyzwanie, a co dopiero dla dziecka 🙂

W góry serca

Odpoczynek po sylwestrze bardzo się przydał, choć zmęczone nogi już przebierały przed pierwszą podróżą w tym roku. Tym razem wybraliśmy Karpacz, w którym chłopaków jeszcze nie było, a ja po 12 latach, od ostatniej tu obecności, wiele zapomniałam.

Droga od Zosi minęła dość szybko i świadomość, że tylko 4.5 godziny dzieli nas od gór sprawia, że chce się tu bywać częściej. A bywać się chce, bo nigdzie nie ma widoków tak zapierających dech w piersi. Takich połaci lasów, takich wzniesień, dolin, wartkich strumieni i tego klimatu łoscypków, kierpców, narciarzy i grzanego wina. Także prosto po przyjeździe szybki obiad i najpierw wędrówki po deptaku i najbliższej okolicy. Kolejny dzień, to już wyprawa na Zaporę Łomnicką i podziwianie z niej widoków..

A potem do Świątyni Wang, gdzie czuje się powiew historii tego zbudowanego na przełomie XII i XIII w. kościoła, przeniesionego z Norwegii do Polski. Ciekawa była wiadomość, że rozłożony na części kościół trafił najpierw do Szczecina, a dopiero potem do Karpacza.

Na każdym kroku zachwycam się krajobrazami, cudami tej ziemi i zwłaszcza w górach czuję pokorę wobec potęgi natury. Szkoda tylko, że ta natura tak obrywa przez nadmierną eksploatację i przez te wszystkie potworne zanieczyszczenia wytwarzane przez ludzkie plemię. Daje się to już odczuć na każdym kroku i niesamowicie smuci fakt, że przez globalne ocieplenie już nawet w górach i to w styczniu, tego śniegu jest o niebo mniej niż było kiedyś, a temperatura 7 na plusie jest niepokojąca.. Żeby pokazać dziecku śnieg należy wjechać wysoko, wysoko ponad poziom morza. Tak wysoko, jak tylko się wraz z Małym da..

Z przytupem

Weszliśmy w ten nowy rok tanecznym krokiem i wśród nowych znajomych. Impreza na 140 osób, przy suto zastawionych stołach, z czteroosobową orkiestrą, pięknymi kreacjami i wśród melodii minionych lat. Dodatkową atrakcją był pewien pan Andrzej, typ wujka z wesela (złapane od Ervi), siwego jak gołąb ale z niekończącymi się pokładami humoru i energii. Co to z parkietu nie schodzi i gdyby mógł, obtańcowywałby wszystkie panny (tyle że żona nie pozwala). Co i rusz zakładał śmieszne okulary, świecące kapelusze i przepijał do mego Męża. Z racji tego przepijania należało przybytek godzinę przed końcem opuścić, bo by mi Mężu do siebie tydzień nie doszedł 😉 Wytańczyłam się za wsze czasy (do czerwca wystarczy), a i ciekawe rozmowy przy stole z Sylwią i Zuzą, wraz z ich mężami prowadziliśmy. Jeden z nich miał co świętować, a i żona jego o północy słowa dziękczynne wznosiła, dziękując za kolejny rok życia swego męża – który to jadąc na motorze wyszedł ze zderzenia czołowego z samochodem. Wyszedł wprawdzie bez trzech palców i kości udowej, ale po 5 latach rehabilitacji, chodzi, a nawet tańczy. Kulejąc wprawdzie, ale żyjąc, będąc przy żonie i dwójce dzieci (nie każdy niestety miał takie szczęście). Patrząc na niego i na nią, mając świadomość kruchości życia. Tym bardziej chcę w tym roku doceniać to, co nam dane. Każdą chwilę..

Chwila o północy była więc w tym roku wzruszająca. Jak mawia Mały, fajelbelki strzelały w niebo hucznie, ale i wymownie. Kończąc pewien etap i rozpoczynając nowy. Z nowymi szansami, błędami, radościami, smutkami (oby jak najmniejszymi) i nadzieją, że przyniesie jednak coś dobrego. Mały też się przy Zosi wyskakał, wytańczył, dyspensę miał do 23, ale zasnął tuż przed i fajelbelki już go kompletnie nie ruszały. Nas za to cieszył fakt, że pospał do 9 rano i (na raty) pozwolił rodzicom wracać do równowagi..