Różanka pełna róż

Poniosło nas do Różanki na świętowanie urodzin Szczecina, wśród róż wszelkich odmian i kolorów. Na festyn rodzinny, w którym mimo chłodu i wiatru można było się wyskakać na dmuchanym zamku (wiadomo kto skakał przez ponad godzinę ;)), porysować, poukładać klocki i obejrzeć przedstawienie o Alicji w krainie czarów. Spektakl przygotowany przez moją koleżankę, która słynie w mieście z talentu do zabawiania dzieci (choć sama ich nie posiada, a szkoda) i wielkiej pasji z jaką to robi. A kiedy zaczynało padać mogliśmy się schować pod parasolem (niejednym)..

Przybyły Hania, Sylwia z synkiem i Katarina ze swoją rodziną, także maluchy miały towarzystwo, a i ja mogłam się z dziewczynami nagadać. Mały gdyby mógł, spędziłby i trzy godziny podskakując radośnie i ganiając z dziećmi po trawie. Może trzeba było do niego dołączyć, gdyż momentami zimno zaglądało nawet pod skórzaną kurtkę. Jednak wszelkie tego niedogodności rekompensowały kwiaty. Setki róż. W pięknych kolorach, w różnych odmianach i wielkościach. Od drobnych, gęstych pąków, po pojedyncze sztuki dumnie stojące i cieszące oko swoją barwą.

Cudne kwiaty, piękny różany ogród do którego koniecznie muszę zajrzeć gdy słońce nie będzie się kryło za chmurami. A najlepiej, gdy róże dopiero zaczną kwitnąć, bo teraz część już traciła płatki i była aż ciężka od nadmiaru kwiecia..

Nosi nas

Gdyby nie chłody jakoweś, które się ostatnio przyplątały.. już bym czuła zew wakacyjnej przygody. Tymczasem po tropikalnych upałach i przy 14 stopniach pozostaje zająć się zdrowiem i polatać w sprawach różnych. Na ten przykład po większe zapasy wody mineralnej, czy do chirurga naczyniowca, który wysyła mnie na dopplerowskie usg żył (dostępne tylko za kasę). Poleca uciskowe pończochy i przepisuje leki ku wspomożeniu maści. Wspomagam więc, ale usg zrobię po wakacjach. Jeszcze jedna wizyta dentystyczna uderzy po kieszeni, poza tym przyda się wreszcie odpocząć od owych lekarskich tematów. 

Kulinarnie dogodziłam ostatnio mężowemu podniebieniu. Pichcąc fasolkę z bułką tartą i sadzonym jajkiem, a dziś robiąc na obiad wątróbkę drobiową z cebulką i mizerię. Niby nic wymyślnego, ale rzadkość na naszym stole, więc tym większa radość. Po obiedzie, z tej radości i z racji przerwy w dostawie mżawki za oknem, postanowiliśmy pokrążyć podróżnie w okolicy. Wywiało nas do małego niemieckiego miasteczka Penkun. Małego, ale za to obfitującego w jeziora położone na dużym terenie. 

Jest jakiś urok w tych niemieckich miastach. Do tej pory nie mogę się nadziwić ich czystości, braku choćby papierka na chodniku i ładnemu rozmieszczeniu ulic i domów. Dopracowane są szczegóły wystroju, kolorowe balkony, trójwymiarowe murale i kwiaty w doniczkach nie tylko na parapetach ale i zachęcające w wejściu do sklepu, banku czy urzędu..

Nosi nas już, by pojechać gdzieś dalej, ale jeszcze Małego szkoda męczyć długimi podróżami. Mogę za to pozachwycać się podróżą znajomych, którzy właśnie ruszyli swym śpiochowozem w trzytygodniową podróż przez całą Polskę aż do Lwowa. Ze spaniem w aucie z dziećmi, zwiedzaniem wszystkiego, co po drodze i przygodami, o których czytałam u Chmielewskiej, Nienackiego czy Niziurskiego. Może kiedyś zaopatrzymy się we własnego campera i ruszymy w moją wymarzoną podróż do Włoch, Portugalii, Chorwacji czy na południe Francji. Oj nosi nas, nosi 🙂 Ciekawe gdzie poniesie w niedzielę?

Bób rządzi

Tydzień toczy się między mechanikami, jazdami próbnymi Edyty, badaniami krwi (wyniki dobre, a kurcze żyłka pękła) i dziecięcym światem, który nas popołudniami absorbuje. Popołudniami, bo na szczęście morskie kąpiele nie zakończyły się katarem. Fakt, że podaję Małemu codziennie witaminę C i dostaje swoje wziewy, chroniące oskrzela. Ostatnio kupiliśmy mu zdrapkę i wygrał skubany 50 zł, gdzie koszt zainwestowany wynosił dwa. Teraz trzeba by dobrze zainwestować wygraną. Raz w życiu udało nam się ze zdrapek wygrać 500 zł, w totka nigdy nic więcej niż trójkę. Sceptycznie więc podchodzę do tych gier losowych i bardzo będę pilnować, żeby nikogo w rodzinie hazard za bardzo nie wciągnął. Ale co by nie mówić, miło zgarnąć taką niespodziankę 😉

Rozpoczęliśmy oglądanie serialu „Czarnobyl”. Mocna rzecz i nie daje mi spokoju myśl, o potężnej sile rażenia, jaką za sobą niosła ta katastrofa. Film nagrany bardzo realistycznie, oddający klimat tamtych lat, ustrój i fałszowanie rzeczywistości. Przerażające.. Zarywamy trochę noce przez to oglądanie i nie dałam rady, żeby nie zrobić godzinnej drzemki w dzień. Rzadko mi się zdarza, bo pilnuję by nie rozregulować nocy, ale tym razem, nawet po drzemce zasnęłam w mig. Można powiedzieć, że wreszcie sypiam po sześć, siedem godzin jednym ciągiem ale nadal bardzo odczuwam brak pełnego snu po ostatnich prawie pięciu latach nocnych pobudek.

Ze spraw kulinarnych zrobiłam wreszcie potrawkę, którą jedliśmy u naszej Ani Piszącej 🙂 Z pieczarkami, kurczakiem, ogórkiem kiszonym i papryką. Wyszło super, ale jednak u Ani było smaczniejsze. Mężu domagał się więcej pieprzu, tyle że przy dziecku nie gotuję za ostro, więc musiał sobie wyostrzyć na talerzu. Za to wszystkim na tyle smakowało, że mam polecone robić częściej to pyszne danie. Kupiłam też masło orzechowe, by zrobić z nim zapiekany kalafior według przepisu Ervishy. Ale na razie ze wszystkim i tak wygrywa bób. U rodziców gotowany z koperkiem i pochłaniany wczoraj w ilościach hurtowych, u mnie głównie posolony, choć czasem i gałązka koperku się trafi. Uwielbiam bób i mogę go jeść garściami na każdy posiłek dnia. Mały poszedł w moje ślady i tylko Mężu nie za bardzo widzi fenomen w tej przekąsce. W sumie dobrze, jest więcej dla nas 😉

Wyczarujcie

Po powrocie z nocnego melanżu spałam cztery godziny. I o dziwo na hasło MORZE obudziłam się pełna energii i chęci do działania. Mimo iż już o 8 rano za oknem wskazywało 26 stopni.. Stopnie rosły w miarę zbliżania się do magicznego morza, by w okolicy godziny powrotnej osiągnąć 38 w cieniu, a 42 w słońcu. Ale zanim powrót, najpierw był dojazd z ciekawymi dialogami w trakcie..

-Mamuś ja już chyba jestem dolosły, bo mam okulaly słoneczne jak dla dolosłych.
-Szybko Ci to poszło Synku..
-Nooo.. (chwila konsternacji) Tylko czemu nadal jeżdżę w foteliku??

Pomimo straszenia 4 godzinnymi korkami trasę pokonaliśmy w 1.5 godzinki. Ale i cztery bym jechała, żeby poczuć ten wakacyjny, nadmorski klimat. Dotknąć najbardziej mięciutkiego piasku, jakiego nie ma na innych plażach świata. Zanurzyć się w chłodnym Bałtyku (tym razem zimna woda nie odstraszała) i patrzeć na radość dziecka.

Mały był zachwycony, latał po brzegu, wbiegał do wody, budował zamki, baseny i ciężko go było ściągnąć na koc. Pilnowaliśmy by lądował w cieniu, był nasmarowany 50tką i żeby pił dużo wody. Niedziela jak wymarzona, no może prócz momentów marudzenia, których z przedszkolakiem się nie uniknie. Ale nie było źle, kąpiele, zabawy, obiad w restauracji, lody na deser i cały dzień z rodzicami zajmowały uwagę. W pewnym momencie jednak ilość wymagań przerosła nasze moce. Na powrocie Mały chciał bowiem już wysiąść i być w domu. A że korek jednak nas dopadł Mężu zaproponował mu spacer koło samochodu. Nie dał się skusić 😉

-Ja chcę dlopsy! (owocowe mentosy) -Nie ma
-Ale ja chcę!
-Skąd Ci mamy wziąć?? -Wyczalujcie mi!

Cóż zrobić. Czary mary..