Czemuż by nie

Nie ma to jak 9cio-dniowy weekend majowy. Skoro sami dają urlop, trza przecież brać i nie marudzić. 

Toruń, po cudnych przeżyciach i słonecznej pogodzie, pożegnał nas deszczem i niedoszłym do skutku spotkaniem z Cieniem-wiatru i jej Juniorką (za to natknęłam się na kolegę z podstawówki z rodziną). A było tak blisko! Do tej pory pluję sobie w brodę, bo tuż przed wyjazdem miałam myśl, by wysłać do nich zapytanie, w jakiej części naszego pięknego kraju urzędują. Tymczasem przeziębienie Małego i niepewność co do podróży zaprzątnęły mą głowę i intuicyjne piknięcie umknęło uwadze. Tak oto, mijałam się z dziewczynami w tłumie, na Rynku Staromiejskim, nie mając zielonego pojęcia, że tam są. No cóż.. kolejna nauczka, że intuicji należy słuchać.

Na osłodę zawędrowałam wraz z moimi chłopakami na bąbelkowe wafle z owocowymi dodatkami. A na kolację do polecanego „Manekina” (po uprzednim polowaniu na wolny stolik) na naleśnika z camembertem, rukolą, szynką i ananasem. Cud miód i powyższe bąbelki były wisienką na toruńskim torcie.

 

 

 

bąbelkowy



Wróciliśmy do Zosi korzystać z wolności, jaką daje opieka babci i możliwości wieczornego wyskoczenia dokądkolwiek. Tym razem zupełnie niespodzianie wylądowaliśmy na plenerze z Zenkiem Martyniukiem. Ha! A czemu nie, skoro była okazja. Nie żebym fanką Zenka była, bez względu na to czy w wydaniu solowym czy Akcentowym. Ale i te oczy zielone i los przekorny, gdzieś tam mimochodem w radiowym otoczeniu w ucho wleciały. A wiadomo, że na live to ja zawsze pierwsza. Choć tym razem na bycie w pierwszym rzędzie nie było szans. Kosmos jakie tłumy przybyły. Chowana w zupełnie innych klimatach muzycznych, a w tych jedynie od wesela, do wesela – z podziwu wyjść nie mogłam. Gdyby jeszcze Zenkowi „trochę” (trochę bardziej) (dużo bardziej) się ten głos poprawił i gdyby pomiędzy utworami nie używał sformułowania – „to teraz zaśpiewam wam pioseneczkę”, miałabym uciechę właśnie typowo weselną. No powiem krótko, byliśmy, widzieliśmy – przeżyliśmy 😉

 

A po takich przeżyciach kolejne zaskakujące lądowanie – na pokazie muzyczno-świetlno-wodnym, dla odmiany z tłem pod hasłem „Legiony” i muzyką poważną. Obrazek ładny, kolorowy, taki dla chwili wytchnienia. Którą jednak psuła nocna już, niska temperatura. Dotrwałam do finału pokazu, ale wymarzłam potwornie. Tak, że Mężu później ledwo wytrwał uroczy dotyk lodowatych mych stóp pod kołdrą. I cóż.. co było do przewidzenia, w efekcie końcowym powyższych atrakcji nabawiłam się potężnego kataru połączonego z kaszlem w kolejnym dniu. Poszła w ruch apteczka podróżna, zaopatrzona na szczęście solidnie i podtrzymująca mnie do pionu na ostatnim punkcie majowego wyjazdu, jakim był grill u nowo poznanych (przy fontannie) znajomych. Towarzystwo przy piwku, a ja poiłam się gorącą herbatą, zakrapianą co jakiś czas kroplami do nosa i tantum’em w ilości hurtowej. Na szczęście u Zosi miałam możliwość poleżeć i trochę się zregenerować, więc po dzisiejszym powrocie dałam radę zrobić pierwsze pranie, rozpakowywać torby i ogarnąć część popodróżnego bałaganu. Tak oto kończy się majówkowe szaleństwo, choć maj dopiero się rozkręca i już mi się o uszy obija, że ma przywiać koncert Bass Astrala x Igo (!! wow!!), Chylińskiej, Dżemu i Krawczyka. I jak się tylko da, to lecę słuchać i tańczyć. Bo czemuż by nie 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s