Nerwy i marfewka

Niby czasu powinnam mieć dużo, bo nie pracuję i siedzę w domu. Oczywiście tak to wygląda z zewnątrz. Tymczasem budzę się ok 7 rano, szykuję siebie i malucha do wyjścia. Droga do przedszkola, potem zakupy i do domu, gdzie zawsze jest coś do zrobienia. Jeden film dziennie to moja chwila relaksu. A tak to pranie, gotowanie, sprzątanie, zabawki codziennie do poukładania (nauczanie dziecka porządku nie należy do zadań łatwych) i ostatnio ciągłe telefony, maile, pisma w sprawie sufitów i okien. Tematy z jednej strony są rozkręcone, co cieszy. Ale z drugiej tak obciążają budżet, że nie wiem czy damy radę. Te 25% dofinansowania do okien, którymi czarowała spółdzielnia, okazało się dodatkiem liczonym od metra kwadratowego, a nie od kwoty końcowej. Żenada. Na dokładkę, za sufity jednak my mamy zapłacić, a potem ubezpieczalnia odda. Ale czy odda, a jeśli nawet to kiedy? Tak się wkurzyłam na inspektora, który złote gruszki na wierzbie obiecywał, że kasę dołożą, że zrobią wszystkie sufity – tymczasem tylko te co odpadły. Wydarłam się na niego, że co – w takim razie czekamy aż pozostałe na nas spadną? Aż mi dziecko uszkodzą? W sypialni, we śnie? Normalnie nie wytrzymałam, powiedziałam, że wzywamy rzeczoznawcę, a jak się coś komuś tu stanie to prokuratura. Pierwszy raz tak mi nerwy puściły. Facet może i nic nie jest w stanie zdziałać, tylko po cholerę kłamie i manipuluje. Zamiast od razu szczerze powiedzieć co i jak. Jeszcze mi tu ubezpieczyciel mówi, że z winy budowlańców takie numery się u nas dzieją, że spółdzielnia odpowiada i oni powinni za sufity i okna oddać w całości. Czeka mnie kolejne podanie do prezesa i następna wizyta, bo nie można odpuścić. Po tych moich wrzaskach plus taki, że od razu ustalili termin do sufitów. Zaczynają z początkiem listopada, czyli planowane w domu 3 urodziny naszego smyka trzeba będzie przełożyć na późniejszy termin. 

 

Żeby ukoić nerwy wybrałam się z Kasią na długi spacer z kijkami, wędrowałyśmy po parku ze dwie godziny. Ona zaprawiona w chodzie, bez auta i przemierzająca wiele kilometrów dziennie. Ja z zadyszką, bez kondycji, ale za to wreszcie rozruszana i dotleniona. Odpoczęłyśmy w kawiarni przy cytrusowej herbacie, nagadałam się na zapas, a że Kasia zaczyna dziś nową pracę przy roletach, od razu zamówiłam u niej wstępną wycenę. Choć rolety to dopiero rarytas na nowy rok, kiedy już ogarniemy ważniejsze sprawy. Do przyjemniejszych tematów należą teraz, imieniny Mężulka i zbliżające się urodziny Taty. Dostaliśmy od niego zaproszenie na obiad w jakiejś nowej restauracji, a przy okazji ustalimy urodzinowe spotkanie dla Małego. Na szczęście wcześniej zaopatrzyłam się w prezenty dla wszystkich. Dziś tylko jeszcze polowałam na wymarzoną przez szkraba „marfewkę” – juniora za naklejki z biedronki (obleciałam trzy sklepy żeby ją trafić). Jak tylko zrobią sufity, będzie można wyprawić skromną imprezę naszemu, już prawie, trzylatkowi.. 

 

 

 

marfewka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s