Niewiarygodne

Takich atrakcji jeszcze u nas nie było.. i oby nigdy więcej! I to nieprawda, że w sytuacji zagrożenia, całe życie przelatuje przed oczami.. Nic nie przelatuje 😉 Oprócz sufitu. Który to raczył zarwać się nad naszymi głowami! 


Czwartek wieczór. Mały zasnął, my zasiedliśmy sobie legalnie do „Zjawy”. Na kanapie, przed małym ekranem. W domu przytulnie, za oknem wichury, ulewy, grzmoty i nastrój idealny pod ten straszliwy film. O godzinie 23 usłyszeliśmy stuk. Taki dziwny, jakby ktoś w sufit puknął. Myślimy- może sąsiedzi -po ostatniej inspekcji ściany, dają wyraz niezadowoleniu po kontroli ich tarasu. Mężu wyjrzał na balkon, czy może coś z wiatrem doleciało, ale nie. Znowu stuknięcie, zadarliśmy głowy do góry i trach! Pękła pierwsza krecha na suficie. Dobrze, że była ta ostrzegawcza, bo inaczej wielki kawał ciężkiego tynku znalazłby się centralnie na naszych głowach. Całość trwała sekundę od pęknięcia. Zerwaliśmy się z kanapy w kierunku korytarza. Mężu (przezornie porwawszy laptopa) romantycznie chwycił mnie w ramiona, a ze strachu to cała blada byłam. Rąbnęło porządnie! Na kanapę, ławę i panele. Pozostałość wisiała na lampie.


A dziecię nasze spało sobie spokojnie.

 

Strach wejść, żeby reszta sufitu nie spadła. Ale myśl, że prąd jest podłączony, że lampę może urwać, że jak taras się zarwie, to woda wleci, zwarcie i jeszcze pożar wybuchnie. Heroicznie, z sercem w gardle, wskakiwaliśmy na raty, zabierając i odłączając co się da. Resztkami przytomności umysłu odnalazłam numer do pogotowia spółdzielczego. Po 15 minutach szoku i stania w korytarzu z oczami utkwionymi w bezmiar katastrofy, przyjechał facet. Zarządził podstawienie stołu i wraz z Mężem odrąbali resztę tynku.

 

Huk konkretny, sceny dantejskie, a Mały śpi.

 

I całe szczęście, że on spał. Że my nie spaliśmy na kanapie. Że stało się to w nocy. Nie w dzień, kiedy na owej kanapie dziecię się bawi, skacze albo coś zajada, oglądając bajkę. Nawet nie chcę myśleć, jaka by była tragedia. Można rzec, szczęście w nieszczęściu. A i plusy się znalazły. Rozpocznie się odkładany remont. Spółdzielnia zrobi sufit podwieszany i naprawi ścianę. Ruszą wreszcie prace przy ścianie na zewnątrz. Naprawią źle zrobiony odpływ na tarasie u góry. Wszystko zrobią, jedynie czekać trzeba. Ile? Nie wiadomo. Ale znając życie, nieprędko się za to wezmą. Mężuś spędził pięć godzin na odkuwaniu reszty tynku i wyeksmitował ponad 20 worków gruzu. Ja ewakuowałam się z Małym do Mamy. Podłóg domyć nie można, wszędzie pył, gruz i ogólne zgrzytanie zębami. Jedynie Synek zadowolony, bo zabawa w podrzucanie gruzu, przednia. I można w butach po domu chodzić i goście z administracji nas odwiedzają. I Tata młotkiem stuka i przecież fajnie jest 😉 

 

 

 

sufitowa katastrofa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s