Lepiej :)

Pomarudziłam ostatnio, ale też i powód był potężny.. na szczęście idzie ku lepszemu. Wprawdzie za grubą kasę, ale w prywatnej klinice Tata potraktowany został jak człowiek, a nie jak natrętna mucha, której lepiej się pozbyć. Operacja się udała, przyjęli go już na drugi dzień po badaniu krwi, nie musiał siedzieć 7 godzin na korytarzu i czekać na litość. Gdyby jednak od razu po zerwaniu miał szycie, nie trzeba by było wstawiać tytanowej płytki na skrócone po 8 tygodniach ścięgno. Najważniejsze, że pacjent poczuł się wreszcie zaopiekowany, że lekarze są dobrej myśli, że specjalne nici wzmacniają efekt i że jest już w domu. Spokojniejszy, jak i my wszyscy 🙂 


 

Odetchnęłam i mogłam zacząć cieszyć się własnym imieninowym świętem.. Nie szykowałam żadnej wielkiej imprezy, tylko spotkanie w domu przy cieście z Hanią, Sylwią i jej synkiem. Nie miało być żadnych prezentów, ale i ja i nasz szkrabek załapaliśmy się na miłe drobiazgi. Ciepło mi na serduchu, że są dookoła nas znajomi, którzy też się cieszą, że i my jesteśmy. Spędziłyśmy fajny wieczór na pogaduchach i na zabawie z dziećmi. Listopadowe kino kobiet nam nie wypaliło, ale planujemy wyjście w grudniu w czapkach Mikołaja 😉 Jeszcze mam to pod znakiem zapytania, bo Mężu ma drugą zmianę, ale jest szansa, że po ostatnich nadgodzinach potraktują zamianę ulgowo. Może udałoby mi się wygrać jakiś kolejny kupon na zabiegi kosmetyczne, lub do fryzjera. Mama skorzystała z mojej ostatniej nagrody, fryzjerka zrobiła jej saunę parową na włosy, położyła odżywkę i naprawdę postarała się przy strzyżeniu. Wyszła zadowolona, a i Tacie się podobała jej nowa fryzura.

 

W tym całym ostatnim stresie szpitalnym umknęła mi wiadomość o powrocie Brata. Peru i Boliwia zrobiły na nim duże wrażenie, pozwiedzał co się tylko dało, Lima, Cuzco, oczywiście Machu Picchu i wiele innych miejsc. Robił długie wycieczki, był też na pustyni, wypożyczył rower, przywiózł ok 4 tysięcy zdjęć i prezenty dla każdego. Mały dostał tradycyjną czapkę z wełny alpaki, Mężu ichnie piwo, a ja tęczowy szal w radosnym peruwiańskim stylu 🙂

 

 

 

peruwiańskie

 

 

 

 

Przybył też do naszej kolekcji magnes na lodówkę, pooglądaliśmy egzotyczny bilon, spróbowaliśmy słodyczy i jeszcze na lepsze czasy (bez leków) czeka likier o nietypowym smaku. Brat od razu po powrocie, chyba w ramach różnicy temperatur, złapał przeziębienie i zakończył podróżowanie w wyrku. Tak czy siak na pewno było warto. My o takim wyjeździe na razie możemy pomarzyć…

 

 

 

 

na lodówce

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s