Opowieści poweekendowe

Takie plany jakby to miało być na tydzień, a weekend minął w moment! Spacer z dziewczynami znowu dwugodzinny, zahaczyłyśmy o huśtawki i ślizgawkę, którą Mały niedawno polubił. Już sam zsuwa się do zjazdu i cieszy za każdym zjazdem 🙂 Wieczorne wychodne się przydało, najfajniej było kiedy gadałyśmy sobie we trzy z Sylwią i Hanią. Głównie oczywiście o dzieciach, Sylwia już się nie może doczekać swojego szkrabka, a Hania z kolei ubolewa, że jej już takie duże i powoli wylatują z gniazda. Później dotarły pozostałe babeczki, zrobiło się gwarno, polały się drinki – pito zdrowie karmiących i ciężarnych – a ja cieszyłam się, że moje dziecię już mnie wzywa. Dzięki temu byłam wyspana i bez kaca 😉 

 

A dobra kondycja na Kiermaszu Książki się przydaje, przygotowując stoisko trochę trzeba się nagimnastykować. Poukładać książki tak, żeby były widoczne tytuły i wyeksponować te najfajniejsze. Poszło nawet dużo, ale i tak w tamtym roku frekwencja była o wiele większa. Przeczuwam, że opatrzyła się konwencja takiego kiermaszu, to już był dziesiąty i widać ludzie są już obkupieni. Ale na wiosnę jeszcze ten ostatni raz się wybiorę, bo został mi jeszcze duży karton książek.  

 

 

 

 

książkowy kiermasz

(foto z portalu szczecinczyta.pl)

 

Po trzech godzinach Mały akurat usnął i wraz z Sylwią mogliśmy udać się na spacer do parku. Piękna jest taka słoneczna jesień, kolorowe liście tworzące dywan pod nogami, żołędzie i kasztany zdobiące okolicę.. Akurat odbywało się 70 lecie Radia Szczecin, ale my świętowaliśmy lepszą okazję – imieniny Męża, połączone z wyjściem na obiad i zaproszeniem go na ulubione lody. W nocy zmiana czasu na zimowy i trochę poprzestawiane drzemki Syna, a w niedzielę kolejne wyjścia.

 

Przed spotkaniem z Rodzicami i Bratem pojechaliśmy na cmentarz zapalić znicze i pomodlić się za moich Dziadków. Tak szybko minął ten czas, kiedy byli na tym świecie. Bardzo ciepło ich wspominam i żałuję, że nie dane mi było poznać taty mojej Mamy, bo odszedł zbyt szybko.. Człowiek kiedy jest młody nie zdaje sobie sprawy, że kiedyś tych bliskich ludzi może zabraknąć. Wydaje się takie oczywiste, że są i będą..

 

Dlatego tym mocniej teraz świętuję każde spotkanie z rodziną, takie wyjście na obiad, gdzie jesteśmy wszyscy razem, ma dla mnie duże znaczenie. A jeśli jeszcze przy okazji można popróbować nowych smaków to robi się jeszcze ciekawiej. Tym razem Tatko zaprosił nas do Restauracji Tajskiej 🙂

 

 

 

 

 

tajsko

 

 

 

 

Na przystawki poszły smażone pierożki wonton, kurczak satay, tajskie sajgonki z warzywami i pierożki na parze z wieprzowiną. A dania główne to kurczak w zielonym curry (sos ostro-słodki, pyszny), smażona wieprzowina w woku z orzeszkami nerkowca, kaczka w czarnym pieprzu i smażony makaron ryżowy po tajsku z kurczakiem. Do tego sos sojowy, słodko-kwaśny, winegret z drobniutkimi, kolorowymi warzywami, miodowy i orzechowy. Mały wyjadał nam kurczaka z talerzy i próbował prażonego makaronu, który trzeba mu było mocno zgniatać. Wszystkie smaki ciekawe, niektóre dla mnie trochę za ostre, ale pozostałe bardzo dobre, dodam, że nie skusiłam się na jedzenie pałeczkami 😉  Wystrój lokalu klimatyczny i miło spędziliśmy czas..

 

 

 

 

klimatycznie

 

 

 

 

spacer i nieduże lody na deser były zakończeniem świętowania, a ja tradycyjnie chciałam wszystko uwiecznić na zdjęciach, bo Synek jeszcze tego nie będzie pamiętał, to chociaż sobie kiedyś poogląda.

 

Następna w planach kuchnia indyjska, ale to dopiero na wiosnę, a dzisiaj oswojone już spaghetti z makaronem i słoneczny spacer z Amelkami na deser 🙂 

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s