Radosna twórczość

Brat doleciał szczęśliwie – cała rodzina odetchnęła kiedy dał znać, że wylądował, zameldował się w hostelu i idzie na kolację. Trzeba doliczać pięć godzin w przód, żeby ustalić jaki tam teraz u niego czas. 


A u nas czas słoneczny, jeszcze z kaszlem i katarem, ale wyraźnie idzie ku lepszemu 🙂 Zakupy w piątek machnęłam, pokończyło się trochę domowej chemii i oczywiście lodówkę trzeba było zapełnić, bo już nawet nie miałam z czego gotować. Pranie zrobione. Przejrzałam jeszcze szafę, przymierzając kolejne ciuchy i dwie koszule idą w odstawkę. Teraz gdy Mąż w domu, miałam nawet możliwość wyskoczyć do Hani na pogaduchy.

 

Spacery z Małym trwają i im dłużej wędruję tym więcej zauważam osiedlowego folkloru. Jest taka ławka w centrum placu, na której przysiadają panie emerytki i mamuśki z wózkami. Ławka spotkań i wymiany pokoleniowych poglądów. Ja trafiłam na rodzinne opowieści pani poruszającej się z chodzikiem, inne babki zaczepiają mnie pytając o Synka, jak się chowa, czy jak sobie radzę. Zauważa się również panów, niestety tych pociągających z puszek czy butelek i kombinujących jak tu wyrwać parę złotych na kolejną dawkę chmielu. Jeden taki szedł chwiejnym krokiem i krzyczał na psa:

-„jak idziesz baranie! nie widzisz, że samochód jedzie? okulary mam ci kupić?!” 

jako, że pies stanął faktycznie jako ten baran i nie odpowiedział na ową tyradę, pan podciągając spodnie dodał:

-„no idź wreszcie! bo mnie rajty spadują!” 

dobrze, że nie rzekł „spadywują” bo to by już była klasyka gatunku.

Z innych kwiatków osiedlowych trafiłam na ten oto, jakże uroczy, napis na chodniku:

 

 

 

 

 kozie jaja

 

 

 

 

Jak mawia sekretarka Bożeny „także, tego..” Nic dodać, nic ująć 😉 

A z kolejnych atrakcji, obejrzeliśmy sobie kawałek futbolu amerykańskiego, który zawitał do naszego miasta. Wprawdzie żadne mecze, ani ganianie za piłkami mnie nie interesuje (zacznie interesować dopiero kopanie piłki z Synem 🙂 ) jednak obserwowanie na żywo zderzających się ze sobą kolosów w kaskach i obłożonych poduchami wszędzie gdzie się da, było nie lada gratką..

 

 

 

 

 amerykancki futbol

 

 

 

 

Również rarytasem dni ostatnich było pozwolenie sobie na rozpustę – tak właśnie. Po ponad 5 miesiącach otworzyłam wreszcie wielkie pudełko smakowitych czekoladek, które dostałam od rodziców z okazji narodzin ich Wnuka. Licząc na odporność, dojrzalszego już, Dzieciowego przewodu pokarmowego uraczyłam się tymi słodkościami 🙂 Jak szaleć to szaleć!

 

 

 

 

 

czekoladowo

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s