Szrenica

W ostatni dzień zrealizowaliśmy zamiar osiągnięcia szczytu! Zamiast jednak wdrapywać się na samą górę z zaciśniętymi zębami i męką – to był wjazd i to podwójny 🙂 Wyciągiem, wygodnie, rekreacyjnie i przyjemnie.. choć ponad 1300 metrów nad poziomem morza było już mgliście i lekko kropił deszcz. Za to przeżycie niezapomniane i widoki w połowie wyciągu na całą Szklarską i okolice niesamowite! Jeszcze mogłoby świecić słońce, byłoby idealnie. Na górze przed schroniskiem leżał jeszcze śnieg, mgła otaczała wierzchołek góry.. – widoki jak z filmów.. Zdjęcia nie są w stanie tego oddać, ale co przeżyliśmy to nasze 🙂

 

 

 

 

Szrenica

 

 

 

Po obiedzie z placka po węgiersku i kwaśnicy można było ruszać w trasę powrotną do domu. Mimo ostrzeżeń o korkach przejazd z południa na północ zajął 5,5 godziny z małą przerwą na rozprostowanie kości. Aż dziwnie, że przed południem jeszcze oglądaliśmy świat z góry, a już wieczorem tylko niziny gdzie okiem sięgnąć.

I po majówce… – teraz byle dotrwać w pracy do końca miesiąca i szykują się kolejne 4 dni wolnego! Gdzie tym razem nas poniesie.. ? Zobaczymy.. 🙂

Praga i Vrchlabi

Kolejny dzień postanowiliśmy spędzić w Czechach, miało być Hradec Kralove ale że było za daleko, a do tego skończyła nam się mapa która do Hradec nie sięgała to zupełnie niespodziewanie wylądowaliśmy w Vrchlabi – miasteczku które choć nieduże pełne było ciekawych miejsc i przytulnego klimatu. Coś te czeskie miasta mają w sobie 🙂

 

 

 

 

 Vrchlabi

 

 

 

 

Następnym punktem programu w kolejnym dniu była Praga. Tutaj już dla wygody i zwiedzania z przewodnikiem zdecydowaliśmy się na wykupienie wycieczki i dojazd autokarem. To zaczarowane miasto przywitało nas lekkim deszczem … ale rekompensowały to ciekawe opowiadania, wspaniałe zamki i katedra oraz zaczarowany klimat, który przyciąga masę ludzi! 

 

 

 

 

Praga

 

 

 

 

Były tu przepiękne ogrody z chodzącym sobie, jak król, pawiem.. magnoliami, pomnikami i stawem pełnym dużych karpi.. Nogi można schodzić, a i tak wszystkich zakątków się nie obejrzy 🙂

 

 

 

 

Ogród

 

 

 

 

Dotarliśmy na Most Karola, gdzie czuję się jak w magicznym miejscu.. fakt, że była masa ludzi i mało czasu żeby nacieszyć się klimatem rysowników, grajków i pięknymi posągami ale już sam fakt bycia na tym moście bardzo mnie cieszył.. Potem zrobiliśmy przerwę na obiad, lody i małe zakupy pamiątkowe łącznie z pocztówkami i na resztkach sił w nogach przeszliśmy pod Muzeum Narodowe by osiąść tam na skwerku i podziwiać zabudowę Vaclawskego Namesti..

Może jeszcze kiedyś zajrzymy do Pragi, mimo że widziałam ją już drugi raz to jeszcze mi jej mało!

 

 

 

Most Karola i Namesti

Szklarska, Harrachov i okolice

W podróż na południe ruszyliśmy dopiero o 17, jak Marcin wrócił z pracy.. to było szaleństwo bo wiadomo było że dotrzemy na miejsce już po ciemku. Ale chęć bycia na tym miejscu dzień wcześniej niż planowaliśmy była silniejsza 🙂 Dojechaliśmy tymi krętymi drogami po 5 godzinach przed 23cią. Szybkie rozpakowanie w pokoju, prysznic i sen. A od rana rozglądanie się po okolicy, namierzanie restauracji, sklepów i atrakcji 🙂

 

 

 

 

Szklarska Poręba

 

 

 

 

Po obiedzie wskoczyliśmy do auta żeby zajrzeć też co się dzieje za granicą. Harrachov okazał się przytulnym miasteczkiem, w którym główną atrakcją jest mamucia skocznia. Było gdzie połazić na tyle, że wieczorem zasiedliśmy przy piwie na potańcówce – sił do tańczenia wystarczyło na 15 minut i to max – za to po górskim padliśmy w sen jak smoki 😉

 

 

 

 

Harrachov

 

 

 

 

Na drugi dzień zachciało nam się ruszyć piechotą na Krucze Skały, drogi były dwie – wspinaczkowa i dookoła łatwiejszą drogą. We wspinaczce nie czuję się na siłach więc wybrałam drogę w miarę poziomą choć i tak pod górkę. Widoki ze skał zapierają dech w piersi.. rozległe przestrzenie, droga i strumień daleko w dole, a u góry czubki drzew.. bajecznie.. Można było nawet zjechać po linie, albo przejść się po moście zawieszonym między skałami, ale jakoś zabrakło odwagi 😉  

 

 

 

 

Krucze Skały

 

 

 

 

Z rozpędu zachciało nam się zrobić wyprawę do Wodospadu Kamieńczyka.. i dobrze, że nie wiedziałam że to tak daleko i ciągle pod górę bo nie wiem czy bym się zdecydowała. Za to po przebrnięciu kamienistej drogi, odczekaniu w kolejce po kaski i opłacie 5 zł można było podziwiać wspomniany wodospad. Huczał, szumiał i robił wrażenie 🙂 Oczywiście dużo zdjęć, potem chwila odpoczynku i po obejrzeniu schroniska można było rozpocząć zdecydowanie szybszą wędrówkę na dół.. Potem to już tylko późny obiad, spacer po głównej ulicy, wieczorne piwko i sen. Na tańce z góralami już całkiem sił brakło 😉

 

 

 

 

Wodospad Kamieńczyka